Jacek Jancelewicz

Sie 23, 2018 w Aktualności, Sylwetki LGD

Jacek Jancelewicz niesamowicie uzdolniony człowiek. Skromny, cierpliwy z niezwykłym darem opowiadania o swojej pasji. Spotkałam się z Panem Jackiem w Żółwiej Błoci i dowiedziałam się bardzo wielu fascynujących rzeczy.

Irmina Łachacz: Panie Jacku, od kiedy Pan rzeźbi?

Jacek Jancelewicz: Od wielu, bardzo wielu lat. Praktycznie od IV klasy podstawówki.

I. Ł.: Co było inspiracją, impulsem do tworzenia w drewnie?

J. J.: Dom Kultury w Goleniowie, gdzie mieszkałem. Do pracowni rzeźbiarskiej zaciągnął mnie mój brat Jarek, który był już tam w grupie starszych rzeźbiarzy. To była pracownia rzeźbiarska „Korniki” prowadzona przez naszego mistrza, wspaniałego rzeźbiarza św. pamięci Stanisława Szulca. Tam były początki, pierwsze kroki z dłutami i „wgryzaniem” się w drewno. Pracownia prężnie wówczas działała i bardzo dużo młodych ludzi przewijało się przez Dom Kultury. Było to miejsce gdzie można było ciekawie i twórczo spędzić czas. I tak w pracowni rzeźbiarskiej spędziłem około 6 lat. Jestem bardzo wdzięczny mojemu mistrzowi, że zaszczepił mi tą pasję.

I. Ł.: Kiedy odkrył Pan w sobie takie zdolności?

J. J.: Odkąd pamiętam, od najmłodszych lat wszystko, co mogłem zrobić sam sprawiało mi ogromną satysfakcję. Lubiłem rysować, wycinać coś z drewna, kory. Zawsze musiałem mieć przy sobie ostry scyzoryk. Urodziłem się w Glewicach i tam spędziłem najpiękniejsze lata dzieciństwa. Byłem wolnym dzieckiem, zawsze pochłaniał mnie otaczający świat, w środku wsi jest staw uwielbiałem obserwować życie, które się w nim toczyło. Często strugałem łódki z kory, można powiedzieć, że to były moje pierwsze rzeźby. Dlatego przeprowadzka do Goleniowa była dla mnie trudnym doświadczeniem, w bloku na czwartym piętrze czułem się jak w więzieniu. Być może też, dlatego przebywanie w pracowni było dla mnie takim azylem, spędzałem tam każdą wolną chwilę, i to przy pracy, która dawała mi tak wiele satysfakcji.

I. Ł.: Jak to się stało, że ta pasja stała się sposobem na życie?

J. J.: Na początku z tej pracy nie można było się utrzymać. Był czas pracy w fabryce mebli, gdzie nie mogłem znieść monotonnej pracy. Później pracowałem w prywatnym zakładzie stolarskim, tam było trochę lepiej, mogłem się wiele nauczyć. Ale to wszystko nie to, ciągle brakowało mi tego, co robiłem od najmłodszych lat. Praca twórcza, która daje tą ogromną satysfakcję z tworzenia czegoś niepowtarzalnego. Zająłem się samą rzeźbą, było biednie, ale dawało poczucie spełnienia. Kiedyś nie było tak łatwo sprzedać coś takiego jak rzeźby. Swoje prace pakowałem w plecak, potem w pociąg do Szczecina, gdzie moje rzeźby sprzedawałem do sklepu Art. Christiana.

I. Ł.: I cały czas utrzymuje się Pan z rzeźby?

J. J.: No nie zupełnie, nie zawsze ta praca dawała możliwość utrzymania. Zaczął się kryzys, lata 90-te, rzeźby nie były artykułem pierwszej potrzeby. A moje potrzeby były coraz większe: rodzina. Mam czworo dzieci. Trzeba było szukać innych sposobów na utrzymanie. Uruchomiłem stolarnię, robiłem m. in. schody, ale zawsze starałem się dodać coś rzeźbionego. Zawsze w międzyczasie coś rzeźbiłem, bo tylko ta praca daje mi pełne zadowolenie. Kiedy tylko pojawiły się możliwości utrzymania z samej rzeźby, stolarnia przestała funkcjonować. Teraz jest wiele łatwiej, mam swoją stronę w internecie, gdzie ktoś, kto szuka takich prac jak moje, może zamówić taką rzeźbę, jakiej potrzebuje.

I. Ł.: Ma Pan zamówienia z Polski?

J. J.: Tak, głownie z Polski, choć moje rzeźby są w różnych zakątkach świata.

I. Ł.: Jakie było Pana największe zamówienie?

J. J.: Trudno powiedzieć. Nie dawno rzeźbiłem taki wielki krzyż do ołtarza głównego kościoła, miał 4 i pół metra wysokości, sama figura Chrystusa miała ponad 2 metry.

I. Ł.: Ogromna praca, jak dużo czasu Panu to zajęło?

J. J.: Około miesiąca, niektóre elementy krzyża były w złoconych rzeźbieniach.

I. Ł.: Skąd Pan czerpie inspiracje? Gdzie Pan jej szuka?

J. J.: Dawniej w naturze, wyobraźni. Teraz są to głównie konkretne zamówienia. A wzorce na podstawie, których rzeźby powstają znajduję najczęściej w internecie. Najczęściej jest to rzeźba Chrystus Frasobliwy, w moim od lat wypracowanym stylu. Wykonałem już naprawdę bardzo wiele takich rzeźb, kapliczki są ciągle żywą tradycją wschodnich i południowych stron Polski. U nas na zachodzie jest zaledwie kilka, a szkoda, bo to naprawdę piękna tradycja.

I. Ł.: Czy prowadził Pan kiedyś warsztaty rzeźbiarskie dla dzieci, czy dla dorosłych?

J. J.: Raz zorganizowałem warsztaty, na których razem z mieszkańcami Żółwiej Błoci rzeźbiliśmy niepowtarzalne numery na domy w kształcie żółwi.

I. Ł.: Co jest najtrudniejsze?

J. J.: Nie wiem (śmieje się), ciężko powiedzieć. Lubię trudne wyzwania, jak jest coś trudnego i nowego chętnie się tego podejmuję. Najprzyjemniejsze jest pokonywanie pewnych trudności, po których satysfakcja jest jeszcze większa. Niewątpliwie, kiedy staję przed wielkim pniem drewna, z którego trzeba wydobyć pożądaną rzeźbę, można mieć wątpliwość, ale to tylko do pierwszych cięć, potem ta praca potrafi tak wciągnąć, że świat zewnętrzny i jego problemy gdzieś umykają.

I. Ł.: Czy ma Pan swoje rzeźbiarskie marzenie?

J. J.: Jest takie od wielu lat, zawsze, kiedy o tym myślę, mam mrowienie na skórze. Rzeźby Drogi Krzyżowej, które chciałbym umieścić wokół ruin kościoła zburzonego w 1952 r., na byłym cmentarzu. Przez lata było to zaniedbane miejsce, myślę, że takie ekspresyjne rzeźby w tym wyjątkowym miejscu, gdzie spoczywają szczątki dawnych mieszkańców byłyby czymś naprawdę godnym tego miejsca.

I. Ł.: Myśli Pan, że to marzenie da się spełnić?

J. J.: Ciągle mam taką nadzieję, ale jest to naprawdę wielkie, i kosztowne wyzwanie. Często „męczyłem” tą moją wizją moją małżonkę, która jest zawsze pierwszym krytykiem moich prac, i to ona podsunęła mi myśl o misterium żywej Drogi Krzyżowej. I tak to się zaczęło. Dziś to naprawdę duże coroczne wydarzenie w Wielki Piątek w Żółwiej Błoci.

I. Ł.: Brał Pan udział w wystawach. Czy miał Pan osiągnięcia?

J. J.: Praktycznie nie mam rzeźb do pokazania, wszystkie na bieżąco rozchodzą się po świecie. Jedyna moja wystawa jest na mojej stronie w internecie www.jj-art.pl, Ale nie jest to powód do zmartwienia, przeciwnie jestem szczęśliwy, że moje rzeźby cieszą ludzi, do których trafiają. A wystawy były gdzieś tam w młodych latach. Pamiętam takie otwarcie wystawy w Zamku w Szczecinie, w której brałem udział, jako jeden z wielu innych młodych twórców. Uroczysty poczęstunek, ktoś wymienił moje nazwisko, ktoś robił za mną wywiad, a ja miałem dopiero 12 lat. Te wystawy odbywały się, co roku. Było to wtedy dla mnie czymś budującym. Na szczęście z tego wyrosłem. Teraz największym szczęściem jest dla mnie to, że robię to, co kocham i mogę się z tego utrzymać.

I. Ł.: Czego Panu życzyć?

J. J.: Zdrowych rąk, i pracy twórczej do końca.