Beata Lemańska

Sie 22, 2018 w Aktualności, Sylwetki LGD

Czarnogłowy – wieś w Gminie Przybiernów. Pani Beata przywitała mnie z uśmiechem, zaprosiła do siebie do domu, w którym wyczuwa się twórczego ducha. Usiadłyśmy w salonie, a pani Beata rozpoczęła opowieść….

Beata Lemańska: Witraż? Z koleżankami miałyśmy swoją grupę „wesołe kumochy” gdzie podczas spotkań wymieniałyśmy się pracami. Z witrażem zaczęło się, gdy byłam mała. W Szczecinie na ulicy Koński Kierat, znajdowała się pracownia witrażu. Były tam wystawione witraże, a obok było widać jak ludzie tworzą swoje prace. Mogłam tak stać godzinami z nosem wlepionym w szybę i obserwować. Tata się niecierpliwił, bo załatwił swoje sprawy i chciał jak najszybciej wracać do domu. Wówczas mogłam tylko marzyć o nauce tworzenia witrażu, o wszystkich tych kursach, szkle, maszynach. Po latach pojechałam z mężem do galerii Galaxy, tam wystawiały się różne szkoły ze swoimi pracami zachęcając dzieci do zapisywania się na zajęcia pozalekcyjne. Tam po raz pierwszy spotkałam Panią Halinkę, która prowadziła pracownię witrażu na ulicy Hożej dla młodzieży i nauczycieli. Zaprzyjaźniłyśmy się z Panią Halinką, a kurs z miesiąca przedłużył się do pół roku. To był cudowny czas. Później kupiłam swoją pierwszą maszynę, pierwszy nóż i stanęłam oko w oko z zadaniem. Tu się zaczęły schody, bo przecież ja zamiast nabierać doświadczeń na rzeczach prostych, to od razu chciałam tworzyć dzieła sztuki. Szkło to nie papier, nie zawsze można od razu uzyskać odpowiedni kształt. Uczyłam się, robiłam, robiłam, a prace często sprzedawałam. Nie lubię robić rzeczy małych, jak robić to coś konkretnego np.: drzwi czy okna. Witraż jest moją pasją, hobby. Swoje umiejętności wykorzystałam w życiu zawodowym. Pracując w Warsztacie Terapii Zajęciowej w Policach, prowadziłam pracownię szkła artystycznego gdzie uczyłam witrażu i fusingu (łączenie w wysokiej temperaturze szkieł o różnych kształtach, kolorach i gatunkach), tworząc biżuterię oraz elementy dekoracyjne. W 2017 roku zamieszkałam we wsi Czarnogłowy.

Irmina Łachacz: Ile lat temu udała się Pani do Pani Halinki?

B.L.: Dawno, chyba około 16 lat temu.

I.Ł.: Jakie witraże lubi Pani robić najbardziej?

B.L.: Najbardziej lubię tworzyć duże witraże: drzwi, okna, czy zawieszki. Robiłam okno do domu jednorodzinnego, drzwiczki szafek kuchennych, drzwi w pokojach, lampy zarówno dla siebie jak i na zamówienie itp. Teraz jest jednak moda na mini szklarnie. To są bardziej figury geometryczne. Nie lubię robić masówki. Robię to, co mi w duszy gra.

I.Ł.: Skąd czerpie Pani inspirację?

B.L.: Wszędzie, gdzie się tylko da. Czerpię inspirację z różnych dzieł i z tego, co mnie otacza.

I.Ł.: Który witraż zapadł Pani najbardziej w pamięci i jest Pani ulubionym?

B.L.: Ja w każdy witraż wkładam serce, ale był taki jeden inspirowany książką dla dzieci Cicely Mary Barker. Książka ma przepiękne ilustracje, były plany, aby każdą z nich spróbować przenieść na szkło, ale niestety koszty i czas…, wiec odpuściłam. Jeden udało mi się zrobić, znajduje się on teraz w pracowni Warsztatów Terapii Zajęciowej (WTZ) w Policach. Był bardzo precyzyjny, wiele razy zmieniałam szkic, bo nie taka twarz, ręka noga itd. Nie było łatwo, ale się udało.

I.Ł.: Od zawsze miała Pani zdolności plastyczne? Wydaje mi się, ze trzeba mieć coś w sobie by móc tworzyć takie dzieła: wyobraźnię, umiejętność widzenia przestrzennego.

B.L.: Wydaje mi się, że od zawsze, ale nie zawsze miałam możliwości i czas na swoje pasje. Szukałyśmy z siostrą, po kim mamy talent (dodaje ze śmiechem). Okazało się, że zdolności artystyczne mamy po przodkach ze strony mamy.

I.Ł.: Skąd Pani pochodzi?

B.L.: Urodziłam się we Włocławku. Moi rodzice przyjechali do Polic pracować w Zakładach Chemicznych. I tak tu trafiłam.

I.Ł.: Pani ulubione kolory w witrażach?

B.L.: Niebieski. Wszędzie niebieski, granat. Staram się przełamać innymi kolorami, ale głównie niebieski (dodaje z uśmiechem).

I.Ł.: Co daje Pani robienie witraży?

B.L.: Oj. Robienie witraży to jest spokój, to ja i moje myśli i to, co robię. Wtedy nie zaprzątam sobie głowy przyziemnymi sprawami. To odprężenie, czas dla siebie i ze sobą. To trudno opisać. A jak już skończę to zawsze jestem zadowolona ze swojej pracy. Nie podejmuję się pracy na szybkiego byle jak. Jeśli się podejmę, to musi być to zrobione bardzo dokładnie, precyzyjnie wręcz perfekcyjnie. Jestem wagą i wagi tak mają.

I.Ł.: A co ze zdjęciami? Poza witrażami robi Pani zdjęcia?

B.L.: Zdjęcia to tak naprawdę hobby mojego męża. Kupił aparat i razem jeździliśmy w plener. On przymierzał się do zdjęcia, oglądał, robił bardzo spokojnie i powoli. Chodziłam za nim krok w krok. Wyrywałam mu czasem aparat, bo miałam swoją wizję, inne spojrzenie i tak wyszło, że teraz razem robimy zdjęcia. Jak jadę do Golczewa to już tylko z aparatem. Jest pięknie. Przyroda, ta wieś coś w sobie ma, jestem nią zauroczona, dobrze się tutaj czuję. Ma ona potencjał artystyczny.

Udałyśmy się do pokoju, w którym Pani Beata miała swoje prace.

I.Ł.: O czym Pani marzy?

B.L.: To, o czym zawsze marzyłam już się spełniło. Chciałam zamieszkać na wsi i prowadzić spokojne życie. Jestem spełniona, cieszę się z tego, co mam, że mamy siły na remontowanie domu, mam kolejnego kota, który się przybłąkał. Marzę o zdrowiu dla siebie i męża, abyśmy mogli nacieszyć się domem. Jestem zadowolona z życia.

I.Ł.: Dziękuje Pani bardzo za rozmowę.