Zbigniew Góral

Maj 9, 2018 w Aktualności, Sylwetki LGD

Łoźnica – rozległa wieś w Gminie Przybiernów. Pierwsze oznaki wiosny dodają uroku miejscu. Spotkałam się z Panem Zbigniewem w remizie strażackiej, bo porozmawiać o jego pasji, życiu.

Irmina Łachacz: Jak długo mieszka Pan w Łoźnicy?

Zbigniew Góral: W Łoźnicy mieszkam już 26 lat, a pochodzę ze Świętoszewa. Po reorganizacji PGR-u Świętoszewo przydzielono pod Zarząd Łoźnicy. I rozpocząłem prace tutaj. Zaproponowano mieszkanie i tak trafiłem w te strony.

I.Ł.: Kiedy zaczęła się Pana przygoda ze Strażą Pożarną?

Z.G.: Do Straży trafiłem w 1973. Kiedy jeszcze mieszkałem w Świętoszewie, mieliśmy kierownika, który działa jako ochotnik w Straży Pożarnej. Żył tym, lubił z nami ganiać , rozwijać węże, składać i tak mnie w to wciągnął, że zacząłem działać. Tam nie było samochodu, ale była motopompa, kilka węży i coś à la wóz przystosowany do tego by przewozić motopompę. Od tego się zaczęło. Kiedy przeniosłem się tu do Łoźnicy oczywiście zgłosiłem się do OSP, by działać z nimi i zaraz później wybrano mnie na Wiceprezesa, a potem na Prezesa. Dużo działałem, chciałem by wszystko funkcjonowało jak najlepiej i tak zostało do dzisiaj. Prezesem tu w OSP jestem od 1998 roku. Kawał czasu.

I.Ł.: Pierwsza Pana akcja?

Z.G.: Pierwsza moja akcja to palące się torfowiska tu w okolicy. Pamiętam, że trzy dni nam to zajęło – siedzieliśmy tam i dogaszaliśmy. Bardzo trudno było je ugasić. Wtedy nie myślało się o strachu. Człowiek był młodszy tak skoncentrowany na zadaniu, że nie myślał czy się boi czy nie. Adrenalina robiła swoje. Najczęściej wyjeżdżało się do lasów. Teraz jest tego mniej. Lasy są lepiej pozabezpieczane przez Nadleśnictwa – ścieżki, tablice, edukacja turystów itd. Obecnie najczęściej jeździmy na łąki. Budynków też nie ma dużo na szczęście, ale kiedyś się zdarzało.

I.Ł.: Czy pamięta pan jakąś akcję ratunkową, kiedy się Pan bał?

Z.G.: Ciężko powiedzieć. Człowiek nie myśli o tym. Są sytuacje niebezpieczne. Pamiętam jak kiedyś płoną las pod Rokitą i z góry spadały palące się gałęzie. Wtedy był starach by nie spadło przypadkiem na Ciebie. My jako strażacy jesteśmy przeszkoleni w tym, by nie pchać się na siłę tam gdzie nie wolno i jest zagrożenie własnego życia. Ja na szczęście nie miałem jakieś trudnej akcji.

I.Ł.: Jak często wyjeżdżacie w ciągu roku?

Z.G.: Jako jednostka mamy w tej chwili 11 wyjazdów na 2017 rok. Od około 4-5 lat  liczba się zmniejsza. Kiedyś były lata, że jeździliśmy na akcje nawet 30 razy. Głównie się paliły łąki, ugory. Do wypadków nie jeździmy. Jeżeli już zostaniemy wezwani to pomagamy jedynie przy zabezpieczeniu przed następnymi kolizjami (może 2 razy była taka sytuacja).

I.Ł.: Co pan lubi w tej pracy?

Z.G.: Co lubię? Lubię przebywać z ludźmi, pomagać im. Odkąd pamiętam lubiłem pomagać innym. Dużo ludzi zwracało się do mie po pomoc i ja nie miałem problemu z tym – chętnie pomagałem. Tak zostało do dziś.

I.Ł.: 20 lat pełnienia funkcji Prezesa to bardzo długo. Co udało się w tym czasie zrobić?

Z.G.: Udało się zrobić remizę. Wcześniej był to pruski mur i belki , a dzięki pomocy byłego wójta  mamy tu swoją bazę już odremontowaną. Brakuje jedynie toalety i bieżącej wody, ale bez tego można się obejść. Mamy samochód. Stary bo stary , ale działa. Mamy lepszy sprzęt zabezpieczający, dla ochotników – ciuchy. Jest nas tu teraz 14. Kiedyś było i 18 …. na ogół wszyscy działają. Do akcji wyjeżdża tylko tylu ilu może wejść na samochód – maksymalnie 6 osób. Wiec się zmieniamy z chłopakami. Chciało by się dużo więcej, ale nie zawsze finanse pozwalają. W czasie akcji jestem najczęściej kierowcą samochodu, a także wydaje komendy i zajmuję się łącznością. Trzeba wszystko zgrać, i działania i łączność z Komendą Powiatową. Jak więcej jednostek przyjedzie, to musimy się tak zgrać by sobie nie przeszkadzać, a działać razem.

I.Ł.: Co panu daje takie działanie?

Z.G.: Co mi daje? Chyba satysfakcję. Wiadomo są plusy i minusy. Człowiek jest trochę uwiązany na własne życzenie. Święta, nie święta, noc czy dzień, jest wezwanie i nie ma że mi się nie chce – rzucamy wszystko i lecimy. Nie da się namówić kogoś by działał. Jeśli człowiek nie ma tego czegoś w sobie co będzie go pchać do działania i pomocy, jeśli się tego nie czuje to ciężko się odnaleźć. Nie wyobrażam sobie życia bez tego. To taka część mnie.

I.Ł.: Czy dzieci przybiegają do Was patrzeć co robicie?

Z.G.: Tak, dzieci chętnie do nas przylatują. Kiedy robimy ćwiczenia i pracę ze sprzętem (by być na bieżąco), dzieci przybiegają i obserwują nas. Na szczecie są organizowane szkolenia dla strażaków, w których bierzemy udział. Raz, dwa razy w roku. Szkolenia dotyczą wszystkiego co potrzebne by móc pomóc człowiekowi, ugasić pożar. Jak zachować się w różnych sytuacjach by nie zaszkodzić sobie i innym. Jeśli chodzi o dzieci, to kiedyś jeździliśmy do szkoły w Budzieszewicach (jak jeszcze funkcjonowała) na pogadanki i pokazy dla dzieci. Teraz już tego nie robimy ponieważ miejscowości  w których są szkoły maja swoje jednostki, które z nimi współpracują. Kiedyś jeździliśmy na festyny zabawy i dzieci przybiegały do nas by posiedzieć w aucie, popatrzeć na sprzęt. Dla dzieci jest to duża atrakcja, wziąć działko zobaczyć to czy tamto.

I.Ł.: Stratujecie w zawodach Strażackich?

Z.G.: Na ten moment nie bierzemy udziału. Od 8 lat. Mamy rotacje w szeregach i może się uda, że w przyszłym roku wystawimy mocna ekipę. Nie jesteśmy teraz przygotowani.

I.Ł: Teraz przygotowujecie 70 lecie Straży Pożarnej w Łoźnicy. Jak się Pan czuje z myślą ze to już tyle lat.?

Z.G.: Tak, czas leci. Jeszcze niedawno przygotowywałem 60 lecie, a tu już 10 lat minęło. Za szybko minęło. Nasza jednostka najprawdopodobniej jest najstarsza. Funkcjonuje od 1948 roku. Ciężko odtworzyć całą jej historię. Najdłużej był komendantem pan Bartkowiak – swoja funkcje pełnił przez 30 lat. Bardzo długo. Te informacje mamy z zapisów PGR. I z przekazu ludzi.

I.Ł.: Jak mieszkańcy postrzegają strażaków?

Z.G.: Widzą nas. Jesteśmy wszędzie. Pomagamy ludziom. Przyjęło się, że jak coś się dzieje to do prezesa (dodaje ze śmiechem). Czujemy szacunek od ludzi. Dbamy o kościół i pomagamy tu jak możemy.  Jak coś potrzeba przychodzą do nas. Zaleje komuś coś – pomagamy. Nie koniecznie już jako straż. Zawsze zawiadamiamy i zgłaszamy.

I.Ł.: Pamięta Pan jakąś zabawną akcje do której pojechaliście?

Z.G.: Była taka akcja. Mały lisek wpadł do studzienki i niemieliśmy jak go wyciągnąć. Któryś z chłopaków wpadł na pomysł by wrzucić opony i on tak po oponie skakał, skakał i wyskoczył sam. Wiec się udało. Lisek uratowany,  może by zginął, bo ze studzienki  nie miał jak wyjść.

I.Ł.: Pana marzenie? Czego panu życzyć?

Z.G.: Marzy mi się nowy samochód (dodaje ze śmiechem). Dobrze że jest ten, ale wiadomo nowszy by się przydał. Więcej do szczęścia nam nie potrzeba. Na stanie mamy pompę pływającą i szlamówkę. Węże i piła też są.  Życzyć zdrowia i wytrwałości, a reszta przyjdzie sama.

I.Ł.: To tego Panu życzę. Dziękuje za spotkanie.