Zbigniew Florkowski

Wrz 17, 2018 w Aktualności, Sylwetki LGD

Zaparkowałam obok biblioteki w Dąbrowie Nowogardzkiej. Zatrzymał się obok mnie, jadący na rowerze mężczyzna. Powiedział, że musi jeszcze szybko załatwić sprawę i zaraz będzie mógł się ze mną spotkać. To był pan Zbigniew Florkowski sołtys wsi Dąbrowa Nowogardzka. Człowiek, który nie potrafi usiedzieć bezczynnie w miejscu. Otwarty na drugiego człowieka.

Irmina Łachacz: Kim Pan jest?

Zbigniew Florkowski: Jestem osobą aktywną. Lubię to, co robię, czyli swoją pracę zawodową, ale także społeczną. Jako społecznik działam chyba od dziecka.

I. Ł.: Gdzie był początek?

Z. F.: Tutaj. Zaczęło się od szkoły podstawowej. Najpierw występowałem w przedstawieniach. Potem już sam organizowałem jasełka i inne. Mieliśmy drużynę harcerską i już, jako 18 latek jeździłem z grupą młodzieży na obozy wędrowne. Organizowaliśmy z dziećmi przedstawienia na: Dzień Mamy, Taty, święta Bożego Narodzenia. Przygotowywaliśmy scenę. Mam to chyba we krwi. Zawodowo też pracuję z ludźmi.

I. Ł.: Czym zajmuje się Pan zawodowo?

Z. F.: Obecnie pracuję w Ośrodku Pomocy Społecznej. Skończyłem pedagogikę, studia podyplomowe, doradztwo personalne. Jestem trenerem. Prowadzę różnego rodzaju zajęcia w różnych projektach, z niepełnosprawnymi, osadzonymi w więzieniu czy też mam zajęcia w szkołach. Teraz w OPS-ie. Coś zawsze jest do zrobienia, komuś trzeba załatwić prąd, innemu rzeczy niezbędne do funkcjonowania. Nie jestem pracownikiem zza biurka, idę do ludzi w teren i działam.

I. Ł.: Czemu Pan to robi?

Z. F.: Wydaje mi się, że od małego byłem uczony tego przez rodziców. Rodzice nigdy nie byli osobami zamkniętymi w domu. Moja mama też działała społecznie. Jako koło gospodyń wiejskich organizowała dzieciom zabawy i wyjazdy.

I. Ł.: Jak został Pan sołtysem?

Z. F.: Przeprowadziłem się tutaj z żoną z Kołobrzegu po dwudziestu latach. Tutaj przyjeżdżałem do swojej mamy, więc ludzie mnie znali. Kiedy się przeprowadziłem żartobliwie mówili: „ o będziesz sołtysem” i tak jakoś nim zostałem.

I. Ł.: Jak to jest być sołtysem?

Z. F.: Nie narzekam. Jest to ciężka praca. Można być sołtysem i nic nie robić w wiosce. Można, także być sołtysem, który chce ruszyć mieszkańców. I chyba się to udaje, zaangażować ich. Mieszkańcy pomagają, angażują się. Zależało mi, także na tym, aby w radzie sołeckiej byli tacy ludzie, którzy sami chcą coś zmienić, coś ruszyć i takich ludzi mam.

I. Ł.: Co udało się Panu zrobić?

Z. F.: Odnowiliśmy plac zabaw, zrobiliśmy boisko do kosza, wiatę, miejsce do siedzenia przy klombie. Biblioteka została przeniesiona i wyremontowana. Wyposażyliśmy sale, kupiliśmy nagłośnienie, założyliśmy centralne ogrzewanie. Wyremontowaliśmy kościół, wymieniliśmy okna, zegar, dzwon. Tych rzeczy trochę jest.

I. Ł.: Co Pan lubi w pracy z ludźmi?

Z. F.: Wychodzę z założenia, że największą zapłatą jest to, że ludziom się podoba, są zadowoleni, chwalą lub dziękują. Na początku było ciężko, ludzie od razu nie ufają, musiałem wypracować te zaufanie. Udało się.

I. Ł.: Założyliście stowarzyszenie. Jak ono powstało?

Z. F.: Stowarzyszenie powstało w 2008 roku. Pretekstem do założenia były kursy dla naszych mieszkanek, ale że jako sołectwo nie mieliśmy osobowości prawnej, padł pomysł, żeby założyć stowarzyszenie. Zrealizowaliśmy ten kurs i jakoś ruszyło. Obchodziliśmy w kwietniu 10 lat. Cały czas realizujemy jakieś projekty. Nie było takiego roku, kiedy nie udało się pozyskać nawet niewielkich środków.

I. Ł.: Jakie działania udało się zrealizować, jako stowarzyszenie?

Z. F.: Współpracujemy z sołectwem razem dla naszej wioski. Jeżeli nie mamy szans na jakiś projekt, jako sołectwo, wtedy zgłaszamy go, jako stowarzyszenie. Udało się m.in. zrobić wiatę czy miejsce do odpoczynku. To są właśnie pieniądze pozyskane, jako stowarzyszenie. Ostatnio udało się zorganizować fundusze na termoizolacje biblioteki. Działania coroczne stowarzyszenia to kulturowa integracja, czyli wycieczki, wyjazdy do teatru. Co roku wyjeżdżamy do teatru w Szczecinie lub do teatru w Gdyni. Co roku składamy wniosek na zajęcia fitness dla pań, warsztaty dla dzieci i rękodzieło.

I. Ł.: Co to Panu daje?

Z. F.: Jestem osobą, która nie wyobraża sobie siedzenia przed telewizorem po pracy. To nie leży w mojej naturze, cały czas szukam sobie zajęcia. I to jest właśnie to, że coś się dzieje. Zabieramy ludzi w miejsca, w których byliśmy z żoną. Staram się zarażać ludzi pasją do podróży, do gór. Ludziom się podoba i słyszałem, że wybierają się w te miejsca prywatnie ze swoimi rodzinami. Taki bakcyl, którym zarażamy jest tą pozytywną rzeczą, która nakręca do działania.

I. Ł.: Co jest trudne w pracy „społecznika”?

Z. F.: Niejednokrotnie są to rzeczy niezależne od nas. Biurokracja. Wszystkie przepisy, dokumenty. Gdyby można to wszystko robić bez tych wszystkich pism, zrobilibyśmy o wiele szybciej i o wiele więcej rzeczy. To zabiera dużo czasu, często zniechęca. Dwukrotnie organizowaliśmy dożynki gminne. Zawsze staramy się żeby było coś innego.

I. Ł.: Skąd ma Pan tyle energii? Musi się pan kiedyś regenerować.

Z. F.: Nie wiem (śmieje się). Funkcjonuję normalnie. Wydaje mi się, że to duża pomoc rodziny. Żona wspiera mnie i bardzo mi pomaga. Rodzina i ludzie wokół mnie są dla mnie ogromnym wsparciem. Z natury jestem osobą, która nie siedzi w miejscu. Odpoczywam aktywnie: biegam, jeżdżę rowerem. Ogródek jest dla mnie miejscem, które lubię, w którym odpoczywa mi głowa. Zmęczę się fizycznie, ale odpocznę psychicznie. Lubię chodzić po wysokich górach. To jest to.

I. Ł.: Pana sukces?

Z. F.: Jestem dumny z tego, że mam wspaniałą rodzinę. Jestem szczęśliwy. Sukcesem jest to, że nie znudziła mi się praca z ludźmi. Cieszy mnie, że ludzie chcą ze mną pracować, że chwalą sobie współpracę ze mną, że mamy fajnie w wiosce.

I. Ł.: Jakie ma Pan marzenie?

Z. F.: Moje marzenie. Hmmm.. Specjalnych marzeń nie mam. Chciałbym jeszcze przez kilka lat popracować, zarazić innych młodszych tym, co robimy. Zrobić jeszcze kilka rzeczy we wsi. Mam takie jeszcze marzenie, aby udało nam się doprowadzić salkę z 1939 roku do oryginalnego wyglądu.

I. Ł.: Lubi Pan zarażać pracą społeczną. Pokazuje Pan, że pomoc innym to normalna rzecz. Jeżeli miałby Pan kogoś przekonać do tego, jakby Pan to zrobił?

Z. F.: Wychodzę z założenia, że należy myśleć pozytywnie i wierzyć ludziom. Zawsze powtarzam, że człowiek z natury rodzi się dobry, ale sytuacje życiowe czy inni ludzie zmieniają to. Staram się zarażać ludzi pozytywnym nastawieniem. Zawsze szukam wyjścia, staram się nie poddawać. Jeżeli tak się nie uda, szukam innego wyjścia. Jeżeli robię sam, ludzie przychodzą i mi pomagają. To jest fantastyczne w ludziach i jestem wtedy przeszczęśliwy. Warto być dobrym, to wraca.

I. Ł.: Czego mogę Panu życzyć?

Z. F.: Pogody ducha, aby się trzymało i nie uciekło.

I. Ł.: Dziękuję za Spotkanie. Życzę pogody ducha, wiecznej energii i chęci do działania.