Maria Makarewicz

Mar 28, 2018 w Aktualności, Sylwetki LGD

Mały drewniany domek z niesamowitym klimatem. Zapach palonego drewna w kominku i upieczonego ciasta. Klimat antyków połączony z nowoczesnością. Na ścianach obrazy i gdzie się nie spojrzy przepiękne witraże i kolorowe klosze, żyrandole i lampy wykonane własnoręcznie przez bohaterkę mojego dzisiejszego spotkania. Pani Maria przeprowadziła się do Kopic ze Szczecina 3 lata temu. Odnalazła tu swój spokojny kącik nad brzegiem Zalewu Szczecińskiego, w otoczeniu lasów i łąk. Uśmiechnięta, skromna z ogromnym darem opowiadania o swojej pasji…

Maria Makarewicz: Bardzo dużo pracy włożyłam w ten dom, żeby wyglądał tak jak wygląda teraz. Sama szlifowałam te deski podłogowe, lakierowałam (dodaje z uśmiechem). Tu mam swój kącik, swoją pracownie. Mam tu szkła, szlifierki, witraże, projekty. Moje składowane i zbierane przybory do pracy. Fiolety, czerwienie i żółcie to najcenniejsze i najpiękniejsze szkła. Mają domieszki szlachetnych metali. Są piękne.

I.Ł.: Weszłyśmy do kolejnego pomieszczenia, a Pani Maria opowiadała dalej:

Tu długo się zastanawiałam co mam zrobić. Dostałam talerz z rybami, na warsztatach ceramicznych robiłam z gliny rybkę i tak wyszedł motyw wodny. Miałam jakieś kamienie, muszelki z nad morza. Wszystko się skomponowało w całość.  Tu wiszą serduszka gliniane, które dostałam na 25-lecie małżeństwa. Wszystko musi się z czymś wiązać. To od koleżanki, która maluje, to podarunek od jednej Pani, to mamie wysyłałam z Chorwacji. Jestem zbieraczka przedmiotów, które maja dla mnie jakąś wartość sentymentalną (dodaje z uśmiechem). Te obrazy maja dla mnie ogromną wartość, ponieważ są to obrazy namalowane przez mojego tatę. Kocham te obrazy.

Irmina Łachacz: Jaka piękna lampa.

M.M.: To był jeden z pierwszych jakie wykonałam. To są agaty przywiezione ze Szklarskiej Poręby przedzielone bursztynami. Agaty są płaskie, a te szkła kupiłam już póługięte.

I.Ł.: Jak dużo czasu zabiera Pani zrobienie takiej lampy?

M.M.: Trudno mi powiedzieć. To nie jest kwestia jednego dnia, ale tygodnie pracy. Nie siedzi się i nie robi się cały czas.

Jestem samoukiem, wszystkiego się sama nauczyłam. Uważam że wielu rzeczy jesteśmy się w stanie nauczyć sami. Kiedyś prowadziłam warsztaty dla chłopców w szkole, w Szczecinie i po roku to już byli sami w stanie robić lampy. Jak ktoś chce to będzie robił, a jak nie, to nie będzie. To także jest kosztowne. Kiedyś prowadziłam, także zajęcia tu w świetlicy wiejskiej dla mieszkańców i wyszły bardzo sympatycznie. Można łączyć szkła. Może być jednolite, jednokolorowe szkło, a rysunek wykonać za pomocą cięć i łączeń. Szkło wykorzystywane do witraży jest specjalnie wytapiane i jest dużo droższe. Trzeba zainwestować w szkło, narzędzia. Można zaoszczędzić na szkle kupując stłuczki. Ze stłuczek można też coś już fajnie pokombinować uzupełniając je o agaty, bursztyn, po swojemu. Ale stłuczki nie do końca oddają to co szkło witrażowe.

I.Ł.: Kiedy wykonała Pani swój pierwszy witraż? Od czego się zaczęło?

M.M.: Około 15 lat temu. Od czego się zaczęło? To też jest ciekawa historia. Wszystko ma swoją ciekawą historię. Poznałam grupę koleżanek w Szczecinie. W kamienicy obok księgarni była piękna weranda, którą urządziłam i tam miałyśmy miejsce spotkań przy kawie i cieście. Podczas naszych spotkań robiłyśmy, także różne rzeczy – malowałyśmy na szkle, rękodzieło, było zawsze bardzo miło. Któraś rzuciła hasło by spróbować witraże. Nie wszystkie to przyjęły ale we trzy zaczęłyśmy robić. Najpierw bez szlifierki. Sprzedałyśmy takie kostropate prace. Ukazała się książka wydana przez „Twój Styl” o witrażach – jak można je robić w domowych warunkach – więc ruszyło. W Szczecinie nie ma hurtowni witrażowej, jest w Gdańsku obok mojej cioci kochanej. Obecnie ją przenieśli w inne miejsce, a obok hurtowni jest pracownia – dzięki temu podpatrywałam trochę. Bardzo mi się to spodobało, wciągnęłam się. Mogłam w tej hurtowni stać i oglądać. Piękne szkła. Aż żal ich ciąć. Piękne kolory, mieszanki. To nie jest zwykła tafla – to przenikanie światła w różnych odcieniach i natężeniu. Kiedy się weźmie pod światło to po prostu bajka. Nie znam się na firankach i szmatkach, które w oknach mają mi zasłaniać widok, więc tam gdzie mieszkałam w oknach miałam swoje witraże- między innymi tą zazdroskę tulipanową i o każdej porze dnia to światło inaczej przenika, inne kolory, inaczej wygląda inny blask pokoju. Tak się zakochałam w witrażu i tak sobie dłubię. Przez zmianę mieszkań też tworzą się pomysły. Mieszkałam  w Szczecinie w pięknym nowoczesnym mieszkaniu. Synowie namawiali mnie by zostawić ten nowoczesny wystrój i odejść od tych starych kredensów. Pomyślałam „niech im będzie”

I.Ł.: Jak długo Pani wytrzymała?

M.M.: No może dwa tygodnie (dodaje ze śmiechem). I zaczęłam urządzać po swojemu. Miałam poczucie, że albo nie lubię tego mieszkania, albo musze coś z nim zrobić, bo to nie jest moje. Nie czułam się tak dobrze. Zostawiłam tylko nowoczesną kuchnię. Wszystkie szyby w kuchni zrobiłam sama- w słoneczniki. Poczułam się wtedy jak u siebie. To pobudza do życia. Ostatnio przemalowałam kredens. Jestem w gorącej wodzie kąpana. Coś mi wpadnie do głowy i już muszę działać, bez przygotowania, bez zabezpieczenia i natychmiast muszę wiedzieć czy pomysł był dobry. Miałam wrażenie że otoczyłam się starymi meblami, które wyczyściłam i pomalowałam na nowo  farbami kredowymi. Ale następne już zachowam w drewnie, żeby nie przekombinować. Chodzi też o to by pozostawiać rzeczy stare, które mają swój urok.

I.Ł.: Z którego swojego dzieła jest Pani bardzo dumna?

M.M.: Z witraży jestem bardzo przywiązana do tej lampy, bardzo ją lubię. Może właśnie prze ten wyjazd do Szklarskiej Poręby, który był przypadkiem. Udałam się tam towarzysko z rodziną. Tam była kopalnia zrobiona przez pasjonata agatów, który sprowadzał tez agaty ze Stanów. Miał stłuczkę agatów – więc wzięłam, bo to były moje początki zabawy z witrażem. Miałam kilka szkieł giętych i tych agatów, bursztynów. Miałam jeden, kupiony w Gdańsku, stelaż do formy. Połączyłam i powstała lampa. To też nie takie proste, trzeba o coś oprzeć, cyna spływa, można się poparzyć lutownicą, kombinować z trzymaniem formy, ale jest warto.

I.Ł.: Miała Pani zamówienie  na swoje prace?

M.M.: Tak. Zamówienia na prezenty, w podzięce za coś, urodzinowe, Bożonarodzeniowe. Te prace są moje, nie są żywcem skopiowane z wzorców. Trzeba dużo cierpliwości, bo do końca nie widać efektów. Często ludzie mówią – tego się nie da zrobić – wszystko się da, dziwie się ludziom, że kiedy nie są zadowoleni z czegoś, nic nie robią by to zmienić, bo się nie da. Da się, wymaga to często dużo poświecenia, pracy, ale się da.

I.Ł.: O czym Pani marzy?

M.M.: Moje marzenie to być zdrowym, żeby dbać o siebie. Ale nie w znaczeniu żeby nie robić nic, ale żeby żyć aktywnie. Teraz siedzę i kombinuje, a może to zrobić, a może witraż przestrzenny do ogrodu by łapał słońce. To są takie marzenia. Nie spieszyć się, w zgodzie z ludźmi i z naturą. Żeby też moim chłopcom się dobrze działo, bo wtedy jestem spokojna.

I.Ł.: Ja tego Pani życzę. Dziękuje za spotkanie.