Marek Pawlak

Mar 20, 2018 w Aktualności, Sylwetki LGD

Czarnocin – mała wieś nad Zalewem Szczecińskim w gminie Stepnica. Umówiłam się na spotkanie z Panem Markiem, którego miałam okazje poznać parę ładnych lat temu. Poznałam go w Szkole Aktywnego Wypoczynku Frajda, gdzie prowadził zajęcia dla dzieci. Pan Marek jest ojcem trójki zdolnych dzieci, a pasjonuje się rzeźbiarstwem.

Irmina Łachacz: Jak długo mieszka Pan w Czarnocinie?

Marek Pawlak: Przyjechałem tu ze Stepnicy gdzie mieszkaliśmy razem z moim ojczulkiem. Losowa sytuacja – zwolniło się w Czarnocinie mieszkanie i przenieśliśmy się tu ponad 30 lat temu.

Przygoda z moim rzeźbieniem zaczęła się od wyjazdu nad morze. Pojechałem z dziewczyną (obecną żoną) i zobaczyłem czterech mężczyzn, popatrzyłem jakie ładne rzeczy robią i pomyślałem, że warto spróbować. Zacząłem od masek z kory (diabły z kawałka kory). Płaskorzeźby na początku tworzyłem nożem stołowym, a później udało się dokupić narzędzia. Tak się zaczęło, miałem smykałkę do prac i tworzenia. To już będzie ze 30 lat jak tak sobie coś robię. W szkole, w wojsku jak ktoś zobaczył, że mam talent to już później miałem dobrze (dodaje ze śmiechem). W szkole malowałem, robiłem domki. Zawsze miałem smykałkę do takich rzeczy.

I.Ł.: Co było Pana pierwszą pracą?

M.P.: Pierwsze były właśnie te diabły z kory. Zajmowało mi to 20 minut.

I.Ł.: Co było później?

M.P.: Później było różnie w życiu. Tworzyłem i mniejsze i większe rzeczy. Nieraz jak jeździłem na Dziką Plażę i znajdowałem tam korzenie, to piłką ręczną wycinałem kawałek konara, dorobiłem głowę i powstawały cuda. Fajnie było znaleźć drewno w wodzie, wymyte przez parę lat – nie trzeba było używać papieru ściernego, by było pięknie wygładzone. Moja pierwsza wielka rzeźba, którą zrobiłem to był rybak. Kiedyś na Jarmarku Bożonarodzeniowym w Stepnicy robiłem wystawkę rzeźb. Miałem dinozaury porobione, jaszczury, różności, wypalane łuski, zęby, kły, wszystko z drobnymi detalami. Małżonka była na kiermaszu wówczas osobiście i podszedł do niej Pan Wójt i zapytał czyje są to prace. I tak się zaczęło zadanie zrobienia wielkiego rybaka. Przywieźli mi wielkiego kloca. I działałem. Rzeźba trafiła na plażę w Stepnicy. Robiłem go ponad 60 godzin. Później zrobiłem dwie wielkie kolejne rzeźby. Taką wielką babkę z plecakiem o lasce i takiego faceta, który siedział w beczce. Nie wiem czy jeszcze stoją w Stepnicy.

Później zacząłem robić wypalanki. Ostatnio zawiozłem wypalanki córce i wnuczce. Malowałem kiedyś też obrazy. Mam w szopce swój pierwszy obraz, który namalowałem ponad 30 lat temu. Obraz Jezusa trzymanego na kolanach. Został mi, bo materiał był kiepski. Kiedyś materiały nie były tak łatwo dostępne jak dzisiaj. Kiedyś przyjechał do mnie starszy Pan i powiedział, że chciałby brzozy i kawałek rzeczki i namalowałem. Nie miną tydzień i przyjechało małżeństwo – to jeździłem pięć dni do Szczecina i malowałem z drabiny zwykłej szczyt na deskach. Dostałem materiały i działałem. To było z 18 lat temu. Do tej pory mają.

I.Ł.: A co to było?

M.P.: Okno z okiennicami porośnięte bluszczem. Zrobiłem paletę, odpowiednio zagruntowane i malowałem.

Później też malowałem, ale to nie były już takie wielkie rzeczy. Obrazy też, ale nie były już tak dopracowane. Dawniej kiedy byłem  w delegacji ludzie z którymi pracowałem wychodzili zwiedzać, a ja robiłem swoje.

I.Ł.: Jaka była najtrudniejsza rzecz, którą Pan miał do wykonania? Takie wyzwanie rzeźbiarskie?

M.P.: Trudno powiedzieć, ale chyba rybak – to dlatego, że nie miałem odpowiednich narzędzi. Gumowym młotkiem na początku pracowałem. A praca z której jestem dumny to ryba, którą kiedyś zrobiłem. Wiatraki duże stojące – piękne były. Kiedy się mieszka w małej wiosce, nie ma za bardzo możliwości by pokazać to co się robi.

I.Ł.:  Jakie było pana największe zlecenie do wykonania dużej ilości rzeźb?

M.P.: To te rzeźby do Stepnicy. A tak, to robiłem co znalazłem. Teraz mnie wzięło na jeże (dodaje z uśmiechem). Żółwie też. Żółwie robię szybko. Odpowiednie narzędzia, siekierką, piła w ruch. Imadła nie używam.  Wywiercam otwory na nogi, skorupę. Jak mam dobry dzień to potrafię dużego w pięć godzin zrobić, tylko żeby nikt mi gitary nie zawracał (dodaje ze śmiechem).

I.Ł.:  Skąd pan czerpie inspirację?

M.P.: To zależy. Różnie jest. Czasem jest tak, że widzę korzeń, korę i widzę co mogę z tego zrobić. Z prostego klocka to już bardziej skomplikowane, ale jak znajdę coś co woda wymyje to wyobraźnia mi podpowiada co robić. Tylko wówczas narzędzia się psują i tępią – jest tak twarde. Kiedyś na plaży znalazłem drewno, patrzę, normalnie Baba Jaga, zrobiłem ją w ciągu godziny. Tułów tylko poprawiłem, oczodoły, twarz, miotłę dorobiłem i dałem kobiecie z pracy. Bardzo fajna wyszła.

I.Ł.: Czy jest jakaś praca którą Pan zachował, bo ma dla pana dużą wartość?

M.P.: Nie ma takiej pracy, ale w szopce mam wypalane obrazy swoich dzieci, które zrobiłem. Portreciki fajne, jak dzieci były mniejsze.

I.Ł.: Czy prowadził pan jakieś warsztaty rzeźbiarskie? Uczył Pan kogoś?

M.P.: Tylko tu w wakacje kiedyś przychodziłem do Frajdy i z dziećmi na koloniach rzeźbiłem. Pokazywałem jak robić łódeczki i inne. Sam też nie jeździłem nigdzie. Wszystko metodą prób i błędów. Kiedyś pojechaliśmy do Złotowa. Wziąłem worek kory i robiłem diabły. Byłem bardzo zmęczony. Narobiłem się, ale wszystkie prace zeszły. Ale ręce mnie bolały.

I.Ł.: Jakie drewno jest najlepsze?

M.P.: Najlepsza jest lipa, osika też – ale pęka trochę, ale można robić. Miałem kiedyś afrykańskie drzewo, jeszcze lżejsze jak lipa, to robiłem papugi.

I.Ł.: Pana dzieci rzeźbią?

M.P.: Agata tak, jak potrzebuje to sobie zrobi. Tomek też. Justyna ma zdolności kulinarne. Dzieci maja zdolności plastyczne, mają smykałkę. Robiły ze mną wypalanki. Kiedyś miałem trochę rzeźb, trochę obrazków i ludzie kupowali. Nawet za granicę udało mi się wykonać prace. Kupę lat temu do galerii dałem prace, do Cepelii. Teraz już nie. Musze mieć światło dobre. Jak idę do szopy, to potrzebuję ciszy i spokoju – żeby nikt mi nie przeszkadzał, narzędzia mam, ciepła kawa, ustawiam swoją stacje Złote Przeboje i działam. Wtedy mi dobrze.

I.Ł.: Czy ma pan swoje marzenie?

M.P.: Żeby wszyscy byli zdrowi.

I.Ł.: Tego Panu życzę. Dziękuje za spotkanie i czekam na Pana prace.