Janusz Gancarczyk

Maj 7, 2018 w Aktualności, Sylwetki LGD

Rybak, pasjonat przyrody Zalewu Szczecińskiego. Zamieszkuje w Piaskach Małych i zajmuje się „fotołowami”.

Irmina Łachacz: Czy zawsze mieszkał Pan tu w Gminie Stepnica?

Janusz Gancarczyk: Tak. Pochodzę z Jarszewka. Stepnica – później. Moja żona pochodzi ze Stepnicy. Razem osiedliśmy tutaj.

I.Ł.: Kiedy pan zaczął zajmować się rybołówstwem?

J.G.: Rybołówstwo pojawiło się kiedy przeprowadziłem się do Stepnicy. W 1992 zacząłem przygodę z rybołówstwem pływając z Krzyśkiem Jędrzejewskim.  Pracowaliśmy w Międzyzdrojach, zgadaliśmy się i zaczęła się współpraca. Pływałem z nim, potem miałem drugą łódź. Pływaliśmy jako zespól ale na osobnych łodziach, mieliśmy ludzi do pracy. Później Krzysiek przeszedł na statki dalekomorskie i pływa tam do dziś, a ja zostałem przy rybołówstwie tutaj. Pływam do dzisiejszego dnia. Nie było wcale kolorowo. Trafiłem na moment kiedy trwały rozmowy przed wstąpieniem do Unii. Zmieniano przepisy, wytyczne. Firmy z przetwórstwem upadały. Niskie ceny za rybę, ochrony na rybę nie wiadomo skąd. W efekcie bardzo zmniejszyła się liczba floty polskiej o około 45%. To bardzo dużo. W Stepnicy z 33 osób zostało 11. Kiedy rozpocząłem prace, nie miałem dużego doświadczenia. Był kontakt z tym zawodem, bo mieliśmy w Skoszewie znajomego rybaka, ale nie miałem większej styczności z tym wcześniej.

I.Ł.: Czy jest to ciężka praca? Jak wygląda dzień rybaka?

J.G.: Bardzo ciężka praca. To zależy od pory roku. Zmienia się czas i metody połowów. Wiosną zaczynamy o 4-5 rano. Jesteśmy już na wodzie. Wybieramy ryby, sieci. Nieraz przywozimy sieci do portu i w porcie wybieramy. Duże ryby wybieramy na wodzie, a okonia, płoć i mniejsze ryby wybieramy w porcie. Jest przy ty trochę roboty. Bardzo ważny jest czas. Ryba musi być wybrana zważona, zalodowana i wstawiona do magazynu. To priorytet by nie dopuścić by ryba nie straciła na jakości. Latem zostawiamy sieci po południu, a nocą wybieramy, bo jest chłodniej.

I.Ł.: Macie różne sieci?

J.G.: Praktycznie na każdą rybę jest inny rodzaj sieci. Wielkość oczka jest istotna. Np. na okonia mamy oczko 30 do 35mm, leszcz 90-110mm. Nie mamy rejonizacji wiec miejsc do łowienia jest trochę. Ograniczają nas przepisy i miejsca, w których nie można łowić – ujścia rzek, tor wodny, tory podejście. To jest mały akwen. Miejsce ma znaczenie, bo ryba nie jest wszędzie. Trzeba mieć nosa do ryby, intuicje, doświadczenie, znać ruchy wody, siła i kierunek wiatru oraz poziom wody, również mają znaczenie.

Każdą prace trzeba lubić. Ja to lubię. Możliwość przebywania na wodzie, adrenalina i ciekawość w poszukiwaniu ryb. Lubię przebywać na wodzie i ich szukać. Nie umiem tego nazwać, ale to jest coś co wciąga. Są czasem chwile stresujące – załamania pogody, sztormy.

Są okresy kiedy nie łowimy – kiedy Zalew jest zamarznięty zimą. Mamy karty bezpieczeństwa, jakie warunki mogą pozwolić na wypłynięcie. Zimą nie ma ryby. Ryba ucieka do portów, kanałów. Ryby migrują. W połowie marca ryby wychodzą z miejsc zimowych. Następnie zaczyna się tarło wiec czekamy. Okresy ochronne to też ograniczenie, ale one są konieczne. W trakcie roku są ochrony gatunkowe ryb, podczas których nie możemy łowić łososia, siei, szczupaka. One się przeplatają wiec zawsze można cos łowić. Ryb w Zalewie jest dużo, ale chętnych na nie także coraz więcej. Rybacy nie odławiają takiej ilości jak kormorany. To są ogromne ilości ptaków. Kormoran potrzebuje 0,5kg ryby dziennie. To jak stadnie żyją i jakie polowania urządzają to cos niesamowitego. Na naszym akwenie jest ich bardzo dużo i przez to ryby też mniej.

I.Ł.: Dużo gatunków ryb mamy w Zalewie?

J.G.: Ojjj nie liczyłem nigdy tego, ale te gatunki słodkowodne i dwuśrodowiskowe to mamy. Najcenniejsze dla nas są węgorz, sandacz i okoń. To są cenne gatunki. Na szczęście te ryby są. Specyfika pracy opiera się o szczęście, intuicje. Jednego dnia wyciągniesz 50kg a innego 200kg.  Woda pachnie inaczej kiedy jest ryba.

I.Ł.: Skąd pomysł na „fotołowy”?

J.G.: Zaczęło się od tego, że zaczęliśmy dokarmiać bieliki. Jak pojawiły się orły to zostawiałem rybę. Obserwowaliśmy, że orzeł zrywał się po rybę kiedy odpływaliśmy. Po jakimś czasie ptaki nabrały zaufania i pomysł – dlaczego nie pokazać tego światu. Fotografom i pasjonatom przyrody. Pierwszy był Martijn de Jonge. Pojechał pierwszy raz z śp. Pawłem Jędrzejczykiem. To było w 1999-2000. Był bardzo podekscytowany. Przyjeżdżał cały czas. Martijn się nie chwalił w świecie fotograficznym. Trzymał miejsce w tajemnicy, a jego zdjęcia wygrywały konkursy fotograficzne. Później przyjeżdżał z grupami, a te osoby w kolejnym roku przyjeżdżały kolejny raz z nowymi osobami. I tak poszło w świat. Frajda, Pan Rabski. Mieszkańcy i przyrodnicy promowali to miejsce na spotkaniach turystycznych i ekologicznych. Przyrodnicy się dziwili – jak to orły reagują na głos – a później doświadczali na sobie, że tak jest.

I.Ł.: Jak to się rozwijało?

J.G.: Zaczęło się rozkręcać powoli, ale były też małe problemy. Nie mogliśmy wozić turystów po zalewie łodzią rybacką. Więc w odpowiedzi przerobiłem starą łódź rybacką na łódź przeznaczona do transportu osób po zalewie. Moje łodzie są zarejesrtowane i dlatego mogę rozwijać działalność i pokazywać przyrodę światu. Później wybudowałem 2 łódkę dzięki dotacji z Lokalnej Grupy Rybackiej. Cały czas przyjeżdżają grupy. Rezerwują terminy z większym wyprzedzeniem. Każdy może przyjechać i skorzystać – tylko trzeba dogadać termin i sprawdzić warunki atmosferyczne. Pogoda, także dyktuje to czy grupa skorzysta czy nie. Coraz więcej jest turystów z Polski. Co mnie bardzo cieszy. Wcześniej odwiedzali nas głównie Holendrzy, a teraz Polacy chętniej podziwiają przyrodę. Byli przyjezdni z Anglii, USA i Kuwejtu. Największym problemem czasem jest pogoda, to jest cos czego się nie da przeskoczyć. Ciężko jest zrobić zdjęcie przy rozbujanej wodzie i łodzi. Jest nieprzewidywalność. Nigdy nie ma pewności, że orły będą. Jednego dnia grupa fotografowała 30 orłów, a następnego dnia nie było żadnego. Bieliki są wszędzie. Gąsierzyno, Chełminek, Trzebież. Mają swoje ulubione drzewa i  rewiry. Zawsze jest ta niepewność.

I.Ł.: Co Pan najbardziej lubi w „fotołowach”?

J.G.: chyba właśnie ta nieprzewidywalność. To oczekiwanie, codziennie inny wyjazd, to się nie nudzi. To zawsze przyniesie przygodę, przyjemność, adrenalinę. Można zobaczyć coś innego niż tylko orły. Inne ptaki, zwierzynę, aurę. Przez to wszystko sam zacząłem robić zdjęcia. Holendrzy zawsze jak przyjeżdżają do nas kolejny raz zawsze przywiozą nam piękne zdjęcia, które zrobili podczas wycieczki. Akwen jest tak piękny, zaskakujący. Potrafię wyruszyć rano, wrócić po 4 godzinach i mam dużo do opowiedzenia, po kilku godzinach znów wypływam i po powrocie opowiadam jeszcze więcej…Lubię to…

I.Ł.: Gdzie nocują turyści?

J.G.: Głównie w lokalnej agroturystyce, noclegi na plaży, Szkoła Aktywnego Wypoczynku Frajda, ”Tawerna”, „Pod Lasem”. Jest kilka miejsc w Gminie Stepnica gdzie można znaleźć nocleg, ale to ciągle mało. Turyści bardzo chwalą to miejsce. Fotografowie zagraniczni są zafascynowani: taka dostępnością do przyrody. Chętnie tu wracają by fotografować orły.

I.Ł.: Pannie Januszu czego Panu życzyć?

J.G.: Zdrowia!!! Ale mamy plany na przyszłość – chcemy tu w tych murach zrobić zaplecze na agroturystykę. Ale czekamy na ogłoszenie konkursu na dotację.

I.Ł.: Trzymam kciuki.